12 godzin, 12 zdjęć i 32 tysięcy kroków

Podobno w życiu każdego twórcy dochodzi do kryzysu. Co prawda nie wiem, czy mogę nazywać się twórcą, ale kilka kryzysów mam już na swoim koncie. Nawet będąc w trakcie jednego, zastanawiałam się, czy udział w Warszawskim Maratonie Fotograficznym ma w ogóle sens. Udział wzięłam, a sens miał. Dlatego też, postanowiłam podzielić się refleksjami z punktu widzenia uczestnika. WMF to coś więcej niż chodzenie i fotografowanie. To głębia i metafizyka.

To świetna okazja do spędzenia czasu ze sobą. Reagowanie na swoje emocje, konfrontowanie się uczuciami, realizowanie swoich pomysłów, mierzenie się z wyzwaniami, zarządzanie czasem, a przede wszystkim bycie w zgodzie ze sobą i słuchanie serca. Rozum (nie myląc ze zdrowym rozsądkiem) tak jak jego komentarze typu: odpuść, nie dasz rady, wycofaj się, to głupie, inni zrobią to lepiej były zbędne. Dlatego w przyszłym roku nie zabieram ich ze sobą.

To pretekst do wyjścia ze strefy komfortu. Co prawda w dobie mindfulness, samorozwoju, coachingu i pozytywnego myślenia, brzmi to jak banał, lecz w praktyce banałem nie jest. Po naklejeniu numeru startowego, stałam się odważniejsza. Podchodziłam do nieznajomych; odwiedzałam miejsca, które w innych okolicznościach bym ominęła, a także zagadywałam ludzi niezwiązanych z wydarzeniem. Rozmawiałam. Słuchałam. Żyłam w prawdziwym, a nie w wirtualnym świecie.

To otworzenie się na flow. Pozwoliłam sobie na abstrakcyjne działania wyzwalające artystycznego ducha. Odłożyłam na bok racjonalizm i skoncentrowałam się na zadaniu, stawiając fotografie na pierwszym miejscu. Tym samym realizowałam swoje ukryte wizje i fantazje.

To dorosłe podejmowanie decyzji. Świadomie zdecydowałam się na zmniejszenie bagażu i nie branie ze sobą laptopa. Oznaczało to kasowanie zdjęć na bieżąco, kontrolowanie kolejności kadrów i żegnanie się z naprawdę ciekawymi ujęciami – tylko dlatego, że regulamin maratonu był nieubłagany. Było to dla mnie niesamowite wyzwanie, które do tej pory wydawało mi się niewyobrażalne i nierealne. Jestem bowiem niezdecydowaną osobą, która z sentymentem podchodzi do każdej fotografii, zostawiając ją na wszelki wypadek. Tutaj o wypadkach nie było mowy. Ale o przypadkach owszem. Często sytuacje, kadry i zdarzenia same przychodziły, a swoje pierwotne plany musiałam odłożyć na bok.

To pełna koncentracja na tu i teraz. W dobie postprodukcji, oczywistością jest późniejsza obróbka fotografii. Dlatego z tyłu głowy z reguły widnieje myśl, że każde zdjęcie da się uratować. Tutaj trzeba było ją usunąć. Nie ukrywam, że czuję niedosyt, że nie mogłam podciągnąć koloru, ekspozycji i swojej ulubionej przejrzystości, ale z drugiej strony towarzyszyła mi lekkość i wolność, że nie jestem niewolnicą nowinek technologicznych.

Pozytywna energia i chęć opisania swoich przemyśleń są w dużej mierze zasługą świetnej organizacji. A karteczki na stacjach po prostu mnie urzekły. Dlatego gratuluję przedsięwzięcia i czekam na więcej.    

 

Kategorie: Główna